Nie chciałem być prorokiem…

{ Napisane: kwi 10 2010 przez: FAZA }

Kilka dni temu pisałem, że nie jest ważne jak prężą się w kamerach wielcy tego świata by udawać, ze chcą go ocalić – bo każdy z nas może mieć każdego dnia, w dowolnej chwili swoją małą Apokalipsę…

No i mamy – wcale nie taką małą…

Nie raz myślałem sobie, że temu krajowi mogłoby pomóc jedynie odsunięcie większości zasiedziałych polityków dowolnej opcji od żłoba i obsadzenie wakatów przez zupełnie „świeżą krew”. Przez idealistów – nie skażonych jeszcze chęcią brylowania w mediach, chorymi układami, żądzą władzy i brzęczących srebrników.

Tyle, że nie wyobrażałem sobie nawet w najśmielszych marzeniach, iż takie częściowe „odsunięcie” odbędzie się właśnie w ten sposób.

No cóż… Obok Smoleńska dziś przed 9 rano mieliśmy okazję przekonać się po raz kolejny, jak wszystko do czego przywiązują taką wagę ludzkie robaczki jest ulotne…

Nie pamiętam już kto „na gorąco” w wywiadzie telewizyjnym stwierdził, ze dziś odszedł „kwiat polskiego społeczeństwa”. Ogrodnik od kwiatków się znalazł. Czym dla rodziny pana Józka tokarza różniła by się jego śmierć od śmierci pana Szczygły czy Szmajdzińskiego dla ich rodzin? Czy to, że znamy ich przepychanki z ekranu TV upoważnia kogoś do mówienia, że ich odejście ma być ważniejsze niż każde inne? Górnika z Halemby, policjanta z przystanku czy „bezpańskiego” dziecka porzuconego w wyschniętym stawie w jakiejś zapadłej dziurze?

Wydarzyła się wielka społeczna tragedia. Współczuję rodzinom pogrążając się razem z nimi w polsko-wspólnotowym bólu, bo jego kumulacja jest w takich sytuacjach ogromna. A jak mieliśmy okazję już wielokrotnie zaobserwować – takie wydarzenia bratają Polaków, bez względu na to, jakie jest ich wykształcenie, status społeczny, wiara czy poglądy.

Smutek i zaduma nad rachitycznością ludzkiego żywota i poczynań tym bardziej utwierdza mnie w przekonaniu, że żyjemy dziś w kraju totalnego chaosu. Nie słyszałem jeszcze, żeby gdziekolwiek indziej na świecie w jednej chwili zabrakło jednocześnie prezydenta, naczelnych dowódców wszystkich rodzajów wojsk, szefa banku narodowego, wicemarszałków parlamentu i wielu osób o nieco pomniejszym znaczeniu dla funkcjonowania państwa.

Na dodatek w czasach, kiedy w wielu regionach wybuchają bomby podłożone przez terrorystów, a do wygrania wojny wystarczy wystrzelić kilka rakiet z drugiej półkuli.

Co za palant zezwolił, żeby tyle osób pełniących kluczowe role w obronności i życiu kraju przemieszczało się wspólnie jednym samolotem? Pomijając fakt, że tutaj zaistniał splot nieszczęśliwych i tragicznych w skutkach okoliczności, to równie dobrze do podobnej sytuacji mogłoby dojść przy udziale jednego(!) fanatyka-terrorysty z ręczną wyrzutnią rakiet.

Obrazu chaosu dopełnia fakt, ze jeszcze przez prawie 4 godziny nikt nie potrafił z całą pewnością podać pełnej listy osób, które przemieszczały się w rządowym samolocie(!) wraz z prezydentem. A wszystkie sieci komórkowe w chwilę po podaniu do publicznej wiadomości informacji o wypadku po prostu padły z powodu przeciążenia.

W jakim my kraju żyjemy? Czy nikt tu nie myśli, nie przewiduje, nie jest na nic przygotowany?

Wypada tylko (pochylając głowę w żałobie) podziękować w głębi duszy, że jeśli już jest tak, jak się stać musiało – to dobrze, że w samolocie nie było również premiera, marszałka sejmu i senatu, a tragedia nie była wynikiem zaborczego ataku któregoś z sąsiednich państw. Już moglibyśmy zacząć uczyć swoje dzieci innego niż polski języka urzędowego…

Komentowanie


dziewięć × 2 =