Rema Days 2011 i szybkie wrażenia

{ Napisane: lut 03 2011 przez: FAZA }

No, tak jeszcze nie było… Tradycyjnie (jak co roku) odwiedziłem targi reklamy Rema Days organizowane w Warszawie, ale tym razem pobiłem rekord :) Pobyt na imprezie zajął mi niespełna półtorej godziny. Nie dlatego, ze nie było co oglądać, bo z roku na rok coraz więcej wystawców, coraz większa powierzchnia ekspozycyjna. Mam też wrażenie, że z każdą edycją troszkę lepiej sprawdzają się też organizatorzy od strony "oglądacza". Jakoś w 2011 zabrakło mi czasu na spędzenie standardowych 4-5 godzin na dokładniejsze obejrzenie tego, co mnie osobiście interesuje. Z przyczyn lekkiego chaosu komunikacyjnego, natłoku zajęć, prób spotkania się z przyjezdnymi dobrymi znajomymi "z branży". Mało istotne właściwie z jakiego powodu – ważne, że tylko "wpadłem i wypadłem", odwiedzając kilka stoisk. Tych, które odwiedzam zawsze, zabierając najnowsze wersje katalogów produktowych, ofert na CD i innych tego typu pierdół. Oczywiście o jednej z firm, na których mi najbardziej zależało – zapomniałem w pośpiechu. Normalka.

Parę wrażeń mimo tak krótkiej bytności w budynku Expo:

  • z każdą kolejną edycją Rema Days z targów reklamy zmieniają się coraz bardziej w imprezę promującą gadżety reklamowe. Tak to się chyba powinno zacząć nazywać…
  • reklama wizualna w Polsce Chinami stoi. Prawie wszystko jest "sprowadzane z Chin", "montowane w Chinach", "na chińskich podzespołach". Azjatyccy potentaci się na nas obrażą – i rynek reklamy padnie ;)
  • im większa konkurencyjność stoisk ze względu na zbliżony asortyment (głównie tych nieszczęsnych gadżetów) – tym wystawcy są mniej przygotowani na ich promocję. Nie mówię tu o 5-6 tuzach, na których wysokiej jakości materiały zawsze można liczyć (pięknie wydane katalogi, dołączone CD z fotografiami), lecz o mniejszych graczach, którzy tez chcą zawalczyć o swój kawałeczek tortu. Jaki jest sens przyjeżdżać na targi, płacąc kilka tysięcy za miejscówkę, jeśli nie ma się własnej oferty w postaci drukowanej (choćby bardziej rozbudowanej ulotki lub flyer'a), cennika, a jedynymi rzeczami do rozdania dla potencjalnych kontrahentów jest wizytówka i obietnica "katalog i cennik wyślemy na maila"? Maile odbieram zazwyczaj w pracowni i nie jest mi potrzebne do tego "tłuczenie się" po targach. O otrzymaniu próbek i chociażby kilku wzorów z asortymentu marzyć nawet nie śmiem, bo na targi przyjechało się przywożąc po 1 egzemplarzu swojego towaru…
  • co ciekawe – im bardziej firma nieprzygotowana do "sprzedania" swojej oferty w sposób namacalny, tym lepszy ma personel i handlowców, z którymi naprawdę miło i rzeczowo się rozmawia. Co z tego, kiedy nie ma się czego potem pokazać swoim klientom?
  • tradycyjnie – chyba najlepiej wypadli sprzedawcy sprzętu i mediów
  • powalającej na kolana nowej technologii bądź produktu nie zaobserwowałem – być może w pośpiechu po prostu przegapiłem
  • hostessy jak zwykle w miarę ładne, nie wszystkie rozgarnięte, a jedna z bardzo krzywymi nogami. Nawet jakby się bardzo chciało, nie można było nie zaobserwować. Cóż kierowało geniuszem, który  zestroił ją w krótki dół i jaskrawe pończochy?

Tym, co zadziwia mnie niezmiennie co roku jest potężna grupa "łowców". Jak można po 2 godzinach od otwarcia targów (na których jest kilkaset stoisk) jechać już do wyjścia z wypchaną walizą na kółkach i przytroczonymi do niej w ilości potężnej siatkami, reklamówkami, tobołkami, torbami i nie wiadomo czym jeszcze? Przez wszystkie edycje Remy nie przywiozłem nawet połowy tego, co ciągną za sobą "kolekcjonerzy" zabierający ze sobą wszystko, co tylko się uda. Gdyby drukarki solwentowe były nieco lżejsze – też pewnie zostały by wyniesione w chwili nieuwagi dystrybutorów.
Taka nasza ludzka mentalność…

Komentowanie


− trzy = 6