Piąta rocznica…

{ Napisane: kwi 03 2010 przez: FAZA }

Jakoś tak ostatnio mało mam czasu na pisanie. Na myślenie jeszcze mniej :)

Ale dzień dzisiaj był dosyć ważny – piąta rocznica śmierci Jana Pawła II. Skłania to trochę do zadumy – bez względu na to, czy ktoś jest wierzący, praktykujący czy inny „ący”. Nie da się ukryć, że 5 lat temu Polska jako kraj poniosła bolesną stratę. Opuściła nas postać wybitna, dzięki której zmienił się sposób myślenia wielu ludzi o wielu sprawach. I to nie tylko Polaków i nie jedynie w kwestiach związanych z katolicyzmem.

Pomijam tu kwestię wiary tak ważną dla wielu osób, bo o tym można by pisać pewnie bez końca.

Nie ze wszystkim, co mówił nasz papież się zgadzałem – bo takie jest moje prawo. Oczywiście nie wszystkie publicznie dostępne wypowiedzi też śledziłem – czy to z braku czasu, czy to z braku chęci, czy też może dlatego, że to nie do końca moja bajka. Co nie zmienia faktu, że odszedł nasz wielki rodak. Taki, który sprawił, że w wielu miejscach na świecie słowa „Polska„, „Polak” usłyszano po raz pierwszy. A tam, gdzie znano je „przelotnie” już wcześniej – zaczęły kojarzyć się w końcu z czymś pozytywnym.

W sumie, gdyby nie JPII nie wiadomo jak wyglądało by wyjście z ery tzw. „komunizmu” w Europie, a już szczególnie w naszym kraju. Swoją drogą: widział ktoś tu kiedyś KOMUNIZM? Kto wymyślił i publicznie ogłosił tę tezę, że kraje Europy wschodniej były komunistyczne? Politologiem z wykształcenia nie jestem i mam się prawo nie znać, ale z tym utopijnym ustrojem jakoś żaden swojego czasu realnie egzystujący mi się nie kojarzy. Może za głupi jestem aby to zrozumieć.

Ad rem. Pamiętam, jak 5 lat temu (w sumie dlaczego miałbym nie pamiętać, do sklerozy – mam nadzieję – jeszcze trochę lat mi zostało) sam byłem mocno poruszony wydarzeniami obserwowanymi w szklanym okienku. Kiedy podano do publicznej wiadomości, że stało się najgorsze… Jakoś odczułem wewnętrzną potrzebę uczczenia tej chwili. Jak to ja – wampirzy tryb życia, więc w godzinach nocnych zwarty, gotowy i aktywny – założyłem Martensy i wybrałem się na nocny spacer, jeszcze wtedy po Żoliborzu. Nogi same jakoś mnie zaniosły do najbliższego kościoła – czyli tego przy Parku Olszyna.

Chyba nie tylko ja jeden chciałem się pożegnać. Ciemna, prawie czarna noc, przed kościołem mnóstwo płonących zniczy, migoczących i oświetlających drewniany krzyż i kamienny mur. Gdyby nie to, ze chwila smutna, to można by rozkoszować się widokiem, który naprawdę był piękny. Mimo wszystko trochę się poprzyglądałem i wszedłem do środka. Kościoła oczywiście – nie widoku.

W środku cisza jak makiem zasiał, płonące świece, przygaszone światła, kilkanaście (-dziesiąt?) osób skupionych, pogrążonych w swoich myślach… między nimi ja… Powietrze praktycznie gęste od… smutku? powagi? doniosłości?

Spędziłem tam siedząc cichutko na ławeczce może godzinę, może nieco więcej. Czasem ktoś w skupieniu odchodził, czasem pojawiał się ktoś nowy… I…

Łupsss! Nagle pojawia się pan ksiądz, twierdząc, że wszyscy muszą się zawijać, bo on zamyka kościół – spać przecież musi iść.

Wielu ludziom świat się niedawno zawalił a ten pajac wyrzuca wiernych z – tak to się określa? – domu bożego, bo się chce wyspać. Wtedy, kiedy odeszła głowa jego kościoła i na dodatek (pewnie jedyny w historii przeszłej i przyszłej) papieżPolak, piastujący tę funkcję…

Jak znam siebie, to w innej sytuacji dostał by taką ripostę, że pewnie apopleksja by go trafiła pod samym ołtarzem, a ja miałbym wycieczkę suką na najbliższy posterunek. Ale chwila była podniosła, więc jak pan ksiądz kazał – tak zrobiłem. Utwierdzając się po raz kolejny w przekonaniu, że powołanie do stanu duchownego większości księży katolickich to jakieś totalne nieporozumienie.

Komentowanie


4 + cztery =